W góry bracie!

Zawsze byłam zwolenniczką wczasów nad morzem, co zresztą nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, skoro urodziłam się w odległości około 100 kilometrów od Bałtyku i nad morze byłam zabierana regularnie od wczesnego dzieciństwa. Do gór podchodziłam z lękiem i pewnym sceptycyzmem. Zazwyczaj swój dystans uzasadniałam tym, że góry potrafią być niebezpieczne, a ja nie mam ochoty na podejmowanie niepotrzebnego ryzyka, jeśli nie jest to niezbędne. Uczciwie muszę jednak przyznać, że po prostu gór nie znałam, a to, czego jeszcze nie poznaliśmy, zawsze wywołuje lęk, co zostało potwierdzone naukowo.
I pewnie do dziś byłabym przeciwniczką wyjazdów w góry, gdyby nie ostatnie wakacje.

Nad morze nie pojechaliśmy przede wszystkim dlatego, że właśnie w górach pensjonat miała kuzynka ciotki mojego narzeczonego. Kuzynka była dość daleka, ale zaproponowała, że wynajmie nam pokój taniej. Oczywiście, kij miał dwa końca, bo pokój był w piwnicy (albo na „niskim parterze”, jak dobrodusznie zauważył mój narzeczony), ale to nie ma wiele wspólnego z tym, o czym chcę pisać. A przecież mam Wam opowiedzieć, co mnie zaskoczyło w górach.
Pierwsze zaskoczenie dotyczyło samych wędrówek. Jako osoba znająca góry jedynie z opowiadań i doniesień medialnych, wyobrażałam je sobie jako miejsce niemożliwe niemal do zdobycia, trudne do sforsowania i w ogóle stanowiące wyzwanie nawet dla najlepszych. Tymczasem okazało się, że, aby spacerować po nich, wcale nie trzeba być alpinistą, wystarczające okazują się bowiem już te umiejętności, które zdobywa się w podstawowym zakresie. Oczywiście, duża w tym zasługa dobrej organizacji i umiejętności wybierania szlaków, przekonałam się jednak, że w górach można aktywnie spędzać czas nawet, jeśli ma się małe dziecko, problemy ze stawami albo zerową kondycję. Nie trzeba wcale udawać osoby bardziej sprawnej niż w rzeczywistości, aby poznać ich magię.

Moje drugie odkrycie to niewielkie, niemal nieznane, ale przepiękne zabytki architektury pojawiające się podczas naszych wędrówek niemal na każdym kroku. Na początku można je łatwo przeoczyć, ale gdy zaczęliśmy koncentrować się na ich poszukiwaniu wiedzieliśmy, że jest ich naprawdę wiele. Niewielkie kapliczki, chaty budowane dwa stulecia temu, małe kościoły, które nie zostały zniszczone przez kolejne kataklizmy dziejowe, a przede wszystkim – schroniska. W tych ostatnich można się zakochać od pierwszego wejrzenia, a wiele z nich wygląda po prostu bajkowo.

I atmosfera! Oczywiście, nie dajcie się uwieść opowieściami o bezinteresownej pomocy i życzliwości, która czeka na każdym kroku. Ludzie bywają tak samo małostkowi, nachalni i żądni pieniędzy, jak gdziekolwiek indziej. Na szlaku panuje jednak specyficzna atmosfera życzliwości. Nie musicie nawet z nikim rozmawiać. Wystarczy, że mijająca was para zwyczajnie uśmiecha się do Was dodając Wam otuchy i sugerując tym uśmiechem, że może i do szczytu zostało Wam jeszcze kilka niełatwych kilometrów, ale nie pożałujecie, gdy już znajdziecie się na miejscu.